Moja kawa, kawunia, kawusia

Kubek gorącej kawy to mój starter pack, bez niej nie zaczynam dnia. I czułbym się w tym wyjątkowy, gdyby nie fakt że większość z nas tak ma. Bo jak tu nie oprzeć się pobudzającej mocy kofeiny?

Lecz to nie jedyny zbawienny poranny plusik jaki uzyskuję dzięki kawie o poranku. Kawa pobudza też mój układ trawienny, a właściwie rzekłbym potrawienny 😉 Pozwól, że reszty nie dopiszę bo było by niesmacznie. Dopiero tak przygotowany mogę ruszać do pracy.

W pracy kawa pobudza mój organizm, poprawia sprawność myślenia, zwalcza zmęczenie. Dzięki niej szef jest bardziej dumny ze swojego pracownika (czyli mnie). Bez tego czarnego trunku trudno było by wytrwać do końca.

A po pracy, po obiedzie, czas na kolejną czarną (najlepiej sypaną). Teraz na spokojnie mogę delektować się jej aromatem, bez pośpiechu i wycisnąć z siebie kolejną dawkę energii, tak bardzo potrzebnej by sprostać obowiązkom domowym.

Ale czy napisałem tu coś nowego? Raczej nie, bo myślę że sam to znasz z autopsji. Czy jestem jakimś wyjątkowym smakoszem kawy? Nie koniecznie, ale potrafię bez trudu odróżnić dobrą kawę od tej byle jakiej. Więc jeśli zaproponujesz mi zaproponuje kawę rozpuszczalną, to grzecznie odmówię, gdyż ta zbyt bardzo odbiega od tej ze zmielonych ziaren.

Dotrwałeś do tego fragmentu? Więc gratuluję – umiesz czytać J Jeśli jeszcze jakimś cudem nie domyśliłeś się o czym będzie ten blog, to podpowiem – o kawie, a dokładnie o jednym takim przeciętnym spinaczu czarnego trunku, czyli mnie.

Jeśli mi się uda wytrwać i prowadzić ten blog, opiszę kawy które znam, które mi smakują (albo i nie smakują). Tak więc do dzieła.